"Alfabet oczu" - wybrane wiersze

Powrót

W wagonie upalny świat.                                
 Nikt drżącego szeptu rąk twoich nie słyszy.         
 Z ust snują się karminowe płateczki,                
  w błękitniejącej ślinie śpiewa wiatr.                   
        Nie mów-
 błogosławią piersi polnej, makowej ciszy.          
Jak wyrazić ten stukot krwi, radość ramion i nóg!
drżą szyny,                   
lokomotywa pędzi w powietrzu,                         
srebrem dymi.               
Wirują modre zwierciadła,
w nich drzewa, białe obłoki, dym zieleni.            

Nie odczepić rąk od widnokręgu-                      
płaczu nikt chyba nie słyszy.                            

W śniadym oknie jak krucho!-                         
serce przyciśnięte do szyby.
Nie istnieje czas.                
Każdy wycinek nieba całować,                        
o oczy-                               
za szumem żyt                    
włosy dziewczyny.                
Jeszcze tysiąc słupów,           
ku oczu nadpłynie biały mit-   
nad miedzami rozsnują się oczy krów.             
Stać będziesz długo w nich,    
a gdy księżyc najpiękniejszą podróż obłoków  
na niebie wypłomieni- 
ręce na wznak…         
Kto mówi o krwi?-       
Jej nie ma                  
 jest tylko zapach ziemi.
 Słuchać całą noc-         
płatki szumu.              
A!                              

Nie z tego świata jest żałość roztęsknionych psów.

Dzień z igieł

Trzy godziny patrzyłem w ziemie koło studni.
Rozsypało się, nasypało zachwytu, liliowych chmur
                                                         i trzmieli,
że zadudnił w jelitach bunt glist.
Czarne ulice, szatani, czarne psy –
Od czekania – w uszach – słona krew
Matko i dzisiaj nie przyszedł do nas list!

Z białego puchu na niebie faramuszki.
Że nie można wyssać mleka z chmur,
Zakrwawiły ssie oczy od żegnania błękitu.

Gdym szedł szukając, co by zjeść
Na bagnie lśniły się kwiaty – złotoczerwone
                                                      kwiatuszki.
Żeby tak móc je w skibki chleba zmienić
Uciszyłby się może w mózgu rozszlochany oczu sznur.

Siostra pokaleczyła spojrzeniami zachód.
Sina obrączka ust
Zaklinała,
Aż wstydziło się słońce usiąść na jej głodnych rękach.
Cóż, że brat odszedł
by w poduszkę wypłakać swój bunt?

Nadarłem kwiecia na akacjach,
nazbierałem po miedzach szczawiu chyba z funt.
Kłuło mnie w oczach
- czarne ulice, szatani, czarne psy –
Nikt mi nie wyjął spod drżących pach płomienia udręki.

Przy studni wytrzymać trudno.
Na chwilę odrzucić oczy i krwawiącymi widzeniami
                                                                   mózg –
co za rozkosz, gdyby..

O matko, to przecie czwarta już!
Czemu nie wracasz?
Twój synek jest chory.

Czy to płacz - a może siostra przeleciała mówiąc:
do widzenia braciszku,
rzeka jest tam - w rzece można się utopić.
Wstałem. W uszach szum, pożar słów nabitymi igłami.
Cóż mogłem uczynić?
Odrzuciwszy z włosów blask złotych motyli,
rozszarpałem z odrazy zębami uśmiechnięty błękit,

Przed oczyma zakręt białych drzew.
Ścieżyna paliła bose nogi ostro.
Siostra i brat odbili ziemię piętami jeszcze raz
I odbiegli ode mnie daleko.
Gdy szum w oczach obalił mnie z nóg,
krew zapłakała cichutko u wylotu pulsów.
Czarne ulice, szatani, czarne psy –
Ku gardłu wyroił się wianek glist.
Było mi żal oczu.

Jeśli nie ty wyjąłeś spod żeber noże,
To pewnie on, co tak długo każe czekać na swój list.

Runęło mi przez usta zgniłej gorczycy strumieniem:
Robactwo, szczaw i strąki akacji pomieszane ze śliną.
W płucach od goryczy nudno.
To serce cichutko się trzepoce – taki liść.
Całowałem potem ziemię,
tylko nie mogłem się podnieść,
aby do ciebie iść.

Szłaś ku mnie liliowa, spłynięta oczami w uśmiech,
Niosłaś dla mnie na plecach chleb i mleko.
Cóż ci mam rzec, matusiu?
Twój synek jest bardzo chory
Może to śmierć w białym szumie…

Nie żałuj.
Ojciec nasz jest niedaleko.
Powiedział mi o tym mój przyjaciel z chmur.

Głód

Zakrzepła krew na ścianie w ust smugi –
Wieniec pająków nad czołem, wieniec pająków niżej.
Twoja twarz – blady kwiat cierniowej róży.
Od stołu ku drzwiom –czarne ścieżyny –
Pająki, motyle, warkocz pijawek długi.

Gdy pęka sufit,
Czerwonymi pąkami serc drzewo grzmi
Kamienice, tunele gwiazd, rudawe konie –
Zasłaniasz oczy – starzec nogami tratuje ogień.
Znów konie zębami za włosy unoszą dziewczyny.
Wołasz – leci w najwyższej ciemni czarny ptak,
Nadzy młodzieńcy z krzykiem tańczą
zanurzeni po kolana we krwi.

Za oknami chodzi obłąkany Jan, może to kruk.
Po podłodze liżesz wargami sosnowych desek woń –
ołtarze , wyrastają na nich aniołowie,
w otchłań płyną.

Szepcesz:
Nie moja Panie wina,
nie mogę spożyć pijawek ni glist.
Mateczko, tyle u nas kwiecia – i lip,
ratuj zbłąkanego syna.

Czemu całujesz swoje ręce
I w kąt się wtulasz ze strzępem białej chustki?
Nie będzie końca twojej męce –
nad głową w suficie dzwonki,
matkę na srebrzystych skrzydłach
unoszą cherubini.

To chwila.
Wołasz:
Tyle u nas kwiecia i lip!
Nie moja Panie wina…

Za oknem obłąkany Jan wstaje,
twarz przesuwa do szyb.
Tłumy krwawych pająków, pijawki płyną –
ogniste dziewczyny.

W mur nie zatopisz oczu,
Ciekną smugi krwi, krew jest sypka,
Lecz głodu nie utuli.

Otchłań pęka jak grzmot,
Wypływają złote i błękitne strugi.
- Tyle kwiecia i lip…
Ciszej, ciszej malutki…

Nad zemdlonym z lilij i cegły świt.

Noc

1. Na ziemi leżę w zawoju modrych chmur.
Cienka jak strumień droga umyka szmerem pól
ku rozkołysanym lasom.
Widać na prawo ogromne oczy tulące tkliwy
                                                   od wilgoci pejzaż.
Głowa zmieniona w tunel opada szumem w śpiewający
                                                      coraz ciszej dół,
z nią siwe wiatraki i karminowych ptaków wonny sznur.
Nie mam czasu oblizać sierści: długiego postoju
                                            rozrzuconych chałup,
ściany zbite z nie znanych mi drzew podchodzą
                                                            pomału,
wiatrem popychając wieś, błękitnie wybuchającą
                                                     dużymi oknami
Jeszcze tylko te lustra zabrane z wczorajszego snu.
Stoją te same krowy uniósłszy znieruchomiałe
                                                        od księżyca pyski.
Niebo – biały Bóg, idzie ku, tak samo jak ja,
                                              czekającym psom.
Wnet nadpływają ludzie, zawieszając oczy
                                            na gałęziach niskich.

2. Jestem tutaj – wśród kwiatów schowany
                                                         Jak mysz,
z warkoczem usypiających trzmieli.
Mówcie głośniej! Wątłe uszy ktoś zmienił w gniazda
                                                  rozśpiewanych pszczół.
Ziemia odpływa ze mną w ramach spotkanych kiedyś
                                                             Szklanych dłoni
Ku krowom, co za drogą pija gwiazdami rozwieszony
                                                              zmierzch.
Zostawcie niebo na tym samym miejscu.
Chcę spać z księżycem w mózgu tak samo jak nasz
                                                                    pies.
Pytacie – kto jestem?
Na imię nie wiem jak mi jest.
Wśród trawy śpię, żywię się mlekiem i szumiącymi
                                                                dniami –
Ze mna są: niebo, ziemia przecięta białą droga i krowy
                                         rozwłóczone rogami po las.
Lubię patrzeć na Czarną,
co zawsze, gdy mi zimno, gorącym językiem liże mi
                                                              bladą twarz.
Przysuńcie mi ją do drżących skroni.
Pragnę dotyk jej wonnej sierści zabrać do tamtej ustroni,
gdzie nie ma nic,
gdzie ino obłoki tęskniącego szumu płyną.